Inglot: What a spice! Zakupy i pierwsze wrażenie.

Od dawna jestem fanką Inglota. Firma stawia na funkcjonalność swoich kosmetyków. Każdy może wybrać to co lubi i wie, że będzie tego używał....

Od dawna jestem fanką Inglota. Firma stawia na funkcjonalność swoich kosmetyków. Każdy może wybrać to co lubi i wie, że będzie tego używał. Na pewno nie jednej z was zdarzyło się kupić paletkę z kilkunastoma cieniami, z czego większość okazała się być bezużyteczna. Dzięki temu, że sami mamy możliwość wyboru unikamy marnowania pieniędzy. Za paletkę płacimy jednorazowo, a pojedyncze, wymienne wkłady nie są drogie. w ten sposób nie marnujemy wielu opakowań. Pozytywnie wpływa to na nasze środowisko oraz portfele.


Od kiedy tylko kolekcja What a spice! ujrzała światło dzienne bardzo przypadła mi do gustu. Burgundy i róże to kolory, które świetnie podkreślają niebieską tęczówkę oka, którą mam. Doskonale czuję się w takich odcieniach, dlatego też zdecydowałam się na zakup 4 nowych cieni z tej serii oraz jednego błyszczącego. Będą one gościć na moich powiekach nie tylko jesienią i zimą, ale przez cały rok. Takich kolorów zdecydowanie brakowało nie tylko w mojej kosmetyczce, ale również w asortymencie sklepu. Jestem pozytywnie zaskoczona. 


Zdecydowałam się też na mały precyzyjny pędzelek, który nadaje się do nakładania cieni w kącik oka oraz na dolną powiekę. Idealnie sprawdzi się do nakładania cieni blisko lini rzęs. Jego numer to 13P.


297 - przepiękna soczysta śliwka
303 - brudny różowo-brązowy
301 - idealny burgund
302 - ciemno czekoladowy brąz
153 - szaro-beżowy szampan




Zdjęcie bez obróbki, cienie nałożone bez bazy. Na pierwszy plan wysuwa się wspaniała pigmentacja i konsystencja cieni. Nie są twarde jak kamień, ale też się nie sypią przy potarciu o nie palcem. Jestem ciekawa jak sprawdzą się w makijażu. 

Co sądzicie o kolekcji What a spice?
 Przypadła wam do gustu, czy wręcz przeciwnie?

Przeczytaj też...

0 komentarze

Flickr Images